| |
Rejs Stowarzyszenia Żeglarskiego NAVIGATOR
Poniżej przedstawiamy relację Kuby Lewandowskiego, któremu TASK pomógł nieco w organizacji rejsu na greckich wodach.
Stowarzyszenie Żeglarskie NAVIGATOR rozpoczęło swoją działalność wiosną 2007 roku. Pierwszą imprezą był szkoleniowy obóz żeglarski, który odbył się w systemie wędrownym na Zalewie Koronowskim.
Po zakończonym kursie młodzież zadeklarowała chęć uczestniczenia w rejsie morskim. Nie chciałem zabierać młodzieży na zimny Bałtyk, myślałem o Chorwacji, gdzie prowadziłem jachty już nie raz, jednak na pierwszym spotkaniu w sprawie rejsu ostatecznie wspólnie ustaliliśmy, że popływamy w Grecji.

Dzięki moim kolegom z Bydgoszczy skontaktowałem się z Arturem Wilkinem z Warszawy, a dokładniej z firmą TASK, która w profesjonalny sposób i za bardzo przyzwoitą cenę pomogła wynająć dwa jachty u greckiego armatora.
Spora część młodzieży, która uczestniczyła wcześniej w obozie żeglarskim, na udział w rejsie już nie reflektowała, więc większą część uczestników wyprawy stanowili licealiści spoza "Szóstki". Początkowo zebrałem około 10 osób, ale nagle ta liczba zaczęła się rozrastać i ostatecznie skończyło się na 18 osobach ze skipperami.
Dla początkowej grupy zamówiłem zbiorowy bilet samolotowy. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu bilety grupowe okazały się droższe od indywidualnych. Za to proponują korzystniejsze warunki. Kolejne bilety kupowałem już więc indywidualnie.
Lądowanie w Grecji było przewidziane na późny wieczór, a jachty przed 20:00 trzeba było przejąć i sprawdzić. Cztery osoby z kadry poleciały więc dzień wcześniej. Spisali się znakomicie. Odebrali od Greka oba jachty - Atlantic'a 49 o nazwie St. Valentino, który miał 15 metrów oraz nieco mniejszą Bavarię 47, czyli Achilleas II.

W sobotę 16 sierpnia 2008 r. około godziny 21:30 byliśmy już na jachtach, które niestety stały w znacznej odległości od siebie, w różnych częściach portu Kalamaki. Rano chcieliśmy już popłynąć na Cyklady. Tak też się stało, ale niestety ta podróż odbyła się na silnikach - nic nie wiało. Mieliśmy dużo czasu, aby poznać jachty. Dzięki bezwietrznej pogodzie mogliśmy poćwiczyć stawianie i zrzucanie żagli. Straszny upał zmusił nas do licznych kąpieli w morzu. Śmiechu było co nie miara. Już po południu dotarliśmy do portu Korissia na Wyspie Kea. Był poniedziałek. Planowaliśmy dotrzeć na wyspę Serifos, nie zamierzaliśmy zapuszczać się dalej na południe, czy wschód. Wiatr jeszcze nie wiał na tyle, aby nasze łódki mogły równomiernie płynąć. Często wspomagaliśmy się silnikami, ale i tak koło godziny 17-ej byliśmy dopiero na wysokości Kithnos. Nie zdążylibyśmy przed zmrokiem na Serifos i po uzgodnieniu przez radio skierowaliśmy się do portu Loutra. Tu było niewiele miejsca w porcie i musiałem postawić St. Valentino na zewnątrz portu, natomiast drugi jacht zmieścił się jeszcze w porcie.

Od nowopoznanych Polaków, którzy przypłynęli do Grecji z Ameryki, dostaliśmy prognozę pogody. W końcu miało zacząć wiać, ale niestety od razu 7oB. To się sprawdziło. Rano zdecydowaliśmy, że na razie stoimy. Nasz jacht, jako że stał na zewnątrz portu miał duży rozkołys i nawet potrojenie cum nie gwarantowało bezpiecznego postoju. Liny zbyt często się zrywały. Część jachtów wychodząca w morze wracała na swoje miejsca. Zastanawialiśmy się, czy wyjdziemy wieczorem, aby popłynąć nocą np. na Hydrę.
Mieliśmy więc cały dzień wolnego. Koło południa dwie osoby z mojej załogi zobaczyły na plaży płaczącą młodziutką greczynkę. Podczas kąpieli zahaczyła palcem u nogi o kamień, wynikiem czego był mocno naderwany paznokieć. Młodzież zabrała nastolatkę i jej mamę do naszego doktora - chirurga, kapitana Achilleasa. Matka dziewczynki bez wahania zdecydowała się na przyjęcie oferowanej pomocy medycznej. Szczerze mówiąc w tamtych warunkach praktycznie nie miała wyboru. Pod znieczuleniem, z asystą I oficera paznokieć został zerwany i już po kilkudziesięciu minutach mała Vanessa przechadzała się po porcie pokazując koleżankom swego "wybawiciela". Sąsiedzi - grecy ze ślicznej obok stojącej motorówki - w ramach podziękowania za pomoc okazaną ich rodaczce zaprosili nas na mały poczęstunek.

Podczas spotkania grecki skipper zaproponował nam dalszą trasę. Wspólnie zdecydowaliśmy, że nocą nie popłyniemy. Chcieliśmy wyjść skoro świt kierując się na Poros. Zgodnie z planem "czatowaliśmy" od rana na zelżenie wiatru. Około godziny siódmej wachtowy zbiegł ze skał i oznajmił, że trochę zelżało. To był najlepszy moment na opuszczenie Kithnos. Pożegnaliśmy niejako Cyklady i ostrym bajdewindem prawego halsu pomknęliśmy w Kierunku Zatoki Sarońskiej. Początkowo wiało do 7oB, ale Grek nam mówił, że jak miniemy 24-y południk to będzie spokojniej. Miał rację. Na drugim refie grota i małym foczku już na zatoce nie osiągałem 10 węzłów, jak wcześniej. Pod wieczór byliśmy w Poros. Znowu walka o miejsca i przestawianie jachtów. Przy cumowaniu poznaliśmy starego wilka morskiego z Polski. Pływał z czterema paniami. Jak się później okazało mamy wspólnych znajomych żeglarzy. Ale nie to było największym zaskoczeniem. Z jego opowieści z dawnych czasów dowiedzieliśmy się, jak wyglądał pierwszy polski kurs instruktorski. Spotkany skipper był na nim kursantem, a jako dowód pokazał nam swój patent instruktorski o numerze 3. Jednym z szkoleniowców na owym kursie był nie kto inny, a sam kapitan Włodzimierz Głowacki.

Rankiem zrobiliśmy zakupy, zaopatrzyliśmy się w upominki dla najbliższych i skierowaliśmy się na wyspę Angistri, gdzie odbył się grecki wieczorek kapitański. Jako, że tu nie ma portu staliśmy burta w burtę na kotwicach, rzucając po dwie długie cumy z rufy i zaczepiając je na skałach. W trakcie przygotowywania dań greckich odbywały się przejażdżki na pontonach z silnikami oraz kąpiel w morzu. W zapadającym zmierzchu, w świetle pochodni serwowano dania z grilla z tzatzykami i wiele innych smakołyków. Niektórzy zapragnęli sprawdzić jeszcze lokalną kuchnię i udali się do kameralnej tawerny niedaleko jachtów.
Po tych uroczystościach, w związku z tężeniem wiatru i bliskością skał wystawiono nocne wachty, a nad ranem nawet było konieczne włączenie silników. Około 8:00 oddaliśmy cumy kierując się do Aten. Pogoda była cudowna. Płynęliśmy blisko siebie, robiąc sobie nawzajem dziesiątki zdjęć. Niestety nieubłaganie zbliżał się koniec podróży. Mijając wielkie statki około godziny 15-ej zacumowaliśmy w Kalamaki. Tu już czekał na nas ostatni rejs-ik. Trzeba było zamienić pontony, bo po ostatnich zabawach na wyspie zostały pomieszane. Jachty musiały wrócić na swoje pierwotne miejsca, droga była więc długa. Płynęliśmy wyłącznie na pagajach śpiewając głośno szanty, co wyglądało dosyć komicznie, jakbyśmy wracali w ten sposób z morza.

Po tych wygłupach przyszedł czas na pakowanie. Na kei od załóg przyjąłem życzenia z okazji nadchodzących urodzin. To było bardzo miłe. Później kolacja i wspólny wyjazd na dyskotekę. Było bardzo sympatycznie. Późno, a właściwie już wcześnie wróciliśmy na jachty.
W sobotę rano jeden z jachtów musieliśmy opuścić, bo mieli go wynająć kolejni żeglarze. Drugi jacht, chwilowo wolny, mogliśmy zajmować oczekując godziny wyjazdu na lotnisko. Zjedliśmy ostatni obiad. Po południu wyjechaliśmy na lotnisko. Samolot wystartował punktualnie i o godzinie 22:40 byliśmy na Okęciu. Stamtąd pociągiem do Bydgoszczy z przesiadką w Poznaniu, gdzie musiałem zatrzymać ruszający pociąg do Bydgoszczy, bo ten z Warszawy miał opóźnienie. O 7:00 na stacji Bydgoszcz Główna powitali nas bliscy.
Tak grupa młodzieży z bydgoskich liceów spędziła osiem sierpniowych dni w wakacje 2008 roku. Zawiązały się nowe przyjaźnie, młodzi żeglarze zdobyli spore doświadczenia, poznali ciekawych ludzi.
Za rok umówiliśmy się na wspólny rejs po Bałtyku. Zamierzamy opłynąć południowe wybrzeże Skandynawii.
Mam nadzieję, że uda nam się te plany zrealizować.
Stowarzyszenie Żeglarskie "NAVIGATOR"
Jakub Lewandowski
jachtowy sternik morski
instruktor żeglarstwa
ratownik WOPR
mail: bossman5@poczta.onet.pl
www.navigator.bydgoszcz.pl
|
|
|